Jak tata poznał mamę
i zaczęła się nasza przygoda
Marek Zwiedzakowski, człowiek o harmonogramie równie precyzyjnym, co zegar szwajcarski, prowadził życie tak przewidywalne, że nawet jego pies, Gucio, potrafił z wyprzedzeniem przewidzieć porę spaceru.
Każdego dnia Marek siadał w tej samej kawiarni, przy tym samym stoliku, zamawiał tę samą kawę – dużą czarną, bez cukru, bo, jak mawiał, „cukier to tylko zasłona dymna dla tych, którzy nie wierzą w prawdziwy smak życia.”
Tak toczyło się jego monotonne, choć całkiem wygodne życie, aż pewnego dnia los postanowił wymieszać jego kawę… z miłością.
Tego pamiętnego popołudnia Marek, jak zwykle, wszedł do swojej ulubionej kawiarni, ale zamiast spokoju zastał tam chaos. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i... przygody. Przy oknie siedziała dziewczyna, która wyglądała jakby uciekła prosto z książki – dosłownie, bo była tak pochłonięta lekturą, że świat wokół niej zdawał się nie istnieć. Marek, próbując nieudolnie złapać równowagę (zarówno fizyczną, jak i emocjonalną), niemal wylał swoją kawę, a jego serce zaczęło bić w rytm „przygoda, przygoda!”.
Zebrał się na odwagę. Podszedł.
– Cześć! – powiedział z uśmiechem, który miał być pewny siebie, ale wyszedł bardziej jak uśmiech kogoś, kto przed chwilą nadepnął na LEGO. – Masz chwilę?
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki, poprawiając okulary z miną, która mówiła „przeszkadzanie w czytaniu to grzech ciężki.”
– Tylko jeśli obiecasz, że nie zapytasz, co czytam – odparła, a kąciki jej ust zdradziły nutkę rozbawienia.
Marek, zrozumiawszy, że znalazł przeciwnika wagi ciężkiej, rzucił:
– Nie pytam o książki. Ja tu jestem, żeby poznawać ludzi! Mam nawet zasadę – codziennie muszę poznać kogoś ciekawego. Więc… jak masz na imię?
Dziewczyna uniosła brew.
– Anna. A ty?
– Marek. Specjalista od zgubionych map i odnajdywania festiwali pierogów.
Anna spojrzała na niego z wyraźnym zaciekawieniem.
– Festiwale pierogów? Proszę, opowiedz więcej.
I tu Marek wszedł w swój żywioł. Zaczął opowiadać o swoich przygodach – jak kiedyś, zgubiwszy się w obcym mieście, przypadkowo trafił na konkurs jedzenia pierogów. Było to nie tylko jego najlepsze zgubienie się, ale i najpyszniejsze. Anna, która z każdą kolejną anegdotą śmiała się coraz głośniej, w końcu rzuciła:
– Wiesz, jeśli twoje życie jest tak pełne zgubionych map i pierogów, to może warto pomyśleć o wspólnych podróżach?
To było jak iskra zapalająca ich historię. Od tego dnia Marek i Anna spędzali razem coraz więcej czasu. Razem planowali wycieczki (czytaj: Marek planował, Anna znajdowała błędy w planach, a Gucio wprowadzał swoje poprawki). Ich pierwsza wspólna podróż była absolutnym chaosem – Marek zapomniał mapy, Anna zapomniała, że Marek zapomni mapy, a Gucio zapomniał, że nie lubi podróżować samochodem. Efekt? Trafili na festiwal naleśników, gdzie Anna nauczyła Marka sztuki jedzenia bez ubrudzenia się dżemem.
Każda ich przygoda była pełna śmiechu i absurdów. Jak wtedy, gdy Anna przekonała Marka, że wzięcie skrótu przez las to świetny pomysł, a skończyli brodząc w bagnie. Albo gdy Marek próbował zbudować namiot bez instrukcji i skończyło się to konstrukcją, którą Gucio uznał za swoją budę.
W końcu Marek powiedział:
– Wiesz, Anna, ja może nie jestem mistrzem organizacji, ale z tobą każde zgubienie się jest najlepszą przygodą.
Anna uśmiechnęła się.
– A z tobą każda przygoda smakuje jak pierogi.
Tak zaczęła się ich historia. Pełna śmiechu, spontaniczności i wielkich porcji pierogów. Dziś, jako rodzina Zwiedzakowskich, wciąż nie przestają odkrywać nowych miejsc i przygód – razem, z Guciem na czele.